TAJEMNICA ZŁA

Posted in Tako rzecze diabeł on 29/04/2012 by Samael

Przegląd ludzkich rozmyślań na temat zła byłby tym samym, co przegląd całych dziejów teologii, filozofii, religii i literatury. Od Rigwedy przez Platona i Dostojewskiego do Jana Pawła II. Przegląd zaś faktycznych działań zła w życiu ludzkim byłby tym samym, co przegląd całej historii ludzkości, od plemion paleolitycznych do chwili obecnej.

Zło to temat rzeka, ponieważ macie do czynienia z bytem o charakterze metafizycznym. Zaprawdę, powiadam wam, zło nie jest brakiem dobra, mniejszą ilością dobra w bycie, nie jest w Bogu ani od niego pochodzi. Zło jest realne, ponieważ wolność musi mieć sens. Wolny wybór musi się dokonać pomiędzy możliwościami o równym statusie bytowym. Powiem więcej, realne zło ma szansę zaistnieć tylko dzięki ludzkiej jaźni, która jest zdolnością do pogrążania się w ciemnościach pierwotnej podstawy bytu. Innymi słowy, wszelkie narodziny są narodzinami z mroku w światło; ziarno musi pogrążyć się w ziemi i umrzeć w mroku, by wyrosła piękniejsza postać światła i rozwinęła się w płomieniach Słońca. A wszystko po to, by przeciwieństwa, które się zwalczają, dały siłę i dynamikę rozwojowi świata.

To jednak nie wszystko. Zło jest potrzebne z racji estetycznych. Wszak przyozdabia świat kontrastami i rozmaitością. Nie bez kozery Gershom Scholem, niezrównany znawca Kabały i mistyki żydowskiej, stwierdził: „Często Księga Zohar ukazuje zło nie tylko jako coś realnego, ale i pozytywnego”.

Skrybo, jako że absolutna dobroć Boga nie mogła zapobiec naturalnemu spadkowi rzeczywistości w materię, zło stało się nieuchronnym szczeblem drabiny bytu. Prawdę tę potwierdził nawet Kościół. Już w 1347 roku duchowni potępili teorię Mikołaja Autrecourt, który twierdził, że świat jest absolutnie doskonały zarówno w całości, jak we wszystkich swoich częściach. Czemu biali magowie potępili twierdzenie, że universum est perfectissimum secundum se et secundum omnes partes suas? Bo kontastacja ta była tak śmiała, że mogła sugerować, że zła po prostu nie ma…

Idźmy jednak dalej. Są teologowie, którzy uważają, że nie należy personifikować sił przeciwnych chrześcijaństwu. Bo wyrzekacie się głębszego poznania mechanizmów ludzkiej historii. Bo religia mówiąca za dużo o diable ulega manichejskiemu zatruciu. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Po prostu biali magowie boją się, że diabeł wyrośnie na niezależnego rywala Boga. Więcej, świat zacznie bardziej wierzyć w diabła niż w Boga, w potęgę zła niż w siłę dobra.

Dziwne lęki, wszak rządzę Ziemią od zarania dziejów. W mitologii babilońskiej i orfickiej przybrałem postać chaosu, nieporządku, siły, która przeciwstawia się stworzeniu. W gnozie manichejskiej wystąpiłem jako odwieczna siła, która nigdy nie zostanie pokonana przez dobro. Zamieszkałem w grzesznym ciele człowieka, którego stworzył Bóg. Tak skrybo, przyczyną zła jest samo stworzenie, dokonane przez złośliwego demiurga, który z własnej pychy ożywił materię.

Idźmy jednak dalej. W starożytnej Grecji ubrałem się w szaty tragicznego aspektu życia człowieka. Bohater tragiczny postawiony przed wyborem zawsze wybiera źle, los popycha go do zguby. Pod postaciami tragicznymi kryły się nierozwiązywalne dylematy, spiętrzenie się powinności i pragnień, niemożność wyboru, kara niewspółmierna do czynu (Marsjasz), nieszczęście wynikające z niewiedzy (Ikar) czy splot wypadków, który prowadzi niewinnego do tragedii (Edyp).

Zło przychodziło w postaci fatum, albo też w szczególnym aspekcie demonizmu, jak w Bachantkach Eurypidesa, gdy opętana przez Dionizosa Agaue rozszarpuje własnego syna. Byłem również w ciele ludzi, którzy z własnej winy związali się ze złem. Symboliczną postacią jest tu Syzyf, wiecznie toczący na górę swój głaz albo Tantal, nie mogący zaspokoić pragnienia. Jeszcze innym przykładem jest postać króla Midasa, który z chciwości zapragnął zamienić wszystko w złoto…

Czasy się jednak zmieniają. Dlatego wraz z rozwojem myśli filozoficznej, zło traciło swoją pozycję metafizycznej siły. Źródłem zła stał się człowiek, a przyczyną albo jego niemoralność (Kant), albo niewiedza (myśliciele Oświecenia). Immanuel Kant tak pisze o koncepcji zła radykalnego: „Zdanie „Człowiek jest zły” znaczy, że mimo świadomości prawa moralnego kieruje się zasadą, że czasem można od tego prawa odstąpić. A że jest taki z natury, znaczy, że zdanie poprzednie odnosi się do całego gatunku. Nie znaczy to jednak, że właściwość ta wynika z samego pojęcia gatunku, bo wtedy byłaby konieczna; znaczy natomiast, że na podstawie doświadczenia trudno sądzić o człowieku inaczej. W sposób przedmiotowo konieczny właściwość tę ma każdy człowiek, nawet najlepszy. Ponieważ jednak jest to skłonność moralnie zła, a zatem trzeba ją traktować jako zawinioną, a nie przyrodzoną. Polega ona na sprzecznych z prawem zasadach postępowania, a te wobec wolności należy uznać za przygodne. Przygodność kłóciłaby się jednak z powszechnością zła, gdyby przedmiotowe źródło zasad nie było jakoś zakorzenione w samym człowieczeństwie. Mamy tu zatem do czynienia z naturalną skłonnością do zła. Jako zawiniona stanowi ona w naturze ludzkiej zło radykalne”.

Zło w ujęciu Kanta wypływa z natury ludzkiej, jest antropologiczne, nie zaś metafizyczne, jest przewrotnością serca, ale nie jest ontologicznie konieczne. Zamykając zło w obszarze ludzkiej wolności, Kant twierdzi, że aktem własnej woli, człowiek może wyzwolić się od swojej naturalnej skłonności do zła. Założywszy, że zło wynika z niemoralności, a pokonać je możemy dzięki głosowi własnego sumienia, tracimy jednak z oczu to, co w zjawisku zła jest niezwykle istotne, a więc rodzaj współuczestnictwa, niemożność podjęcia aktu woli, kapitulację w walce z własnym złem… ,,Dobra, którego chcę, nie czynię, a czynię zło, którego nie chcę” – pisał św. Paweł. Podobnie pisał św. Augustyn: ,,I znowu próbowałem przekroczyć próg – już byłem trochę bliższy celu i jeszcze bliższy, już niemal tego dotykałem, już niemal ujmowałem w dłonie… Ale nie mogłem dosięgnąć, nie mogłem dotknąć, ująć. Ciągle odwlekałem ten moment, w którym miałem umrzeć dla śmierci, a dla życia żyć zacząć. Większą miało we mnie moc zakorzenione zło, niż dobro, do którego nie przywykłem. Im bliższy był moment, w którym miałem się stać czymś innym, niż byłem, tym większą wzbudzał we mnie grozę. Lecz mnie nie cofał, nie spychał z drogi, którą szedłem, tylko unieruchamiał mnie i więził”.

A jak wygląda sytuacja dzisiaj? Zło, chociaż konkretne, doświadczalne, stale się wam wymyka, jest w swojej istocie niedefiniowalne, przekraczające wasze wyobrażenie. Rzeczywistość świata wciąż zaskakuje was obszarami nieodkrytego jeszcze sensu. Sens ten wymyka się jednak waszym doktrynom. W jakiejś mierze każda z nich jest tylko przybliżeniem, często zniekształcającym nieuchwytne bogactwo rzeczywistości. Przeczuwacie tajemnicze głębie tej rzeczywistości, której nadajecie różne nazwy, ale uchwycić tych głębi nie potraficie. Zaprawdę, powiadam wam, świat jest zanurzony w inną, zwierzchnią rzeczywistość, której potrzebę, pomimo wszelkich niejasności, boleśnie odczuwacie.

Jak wyjaśnić obecność diabła? Czy zło jest tylko czymś zależnym od sposobu ludzkiego pojmowania? W starożytności Heraklit, Parmenides, Epikur, a także sceptycy czy stoicy uważali, że zło jest tylko czymś pozornym, gdyż „rozmywa się” i „rozpływa” w szerszym kontekście świata-natury. I tak dla Heraklita walka przeciwieństw rozpływa się w kosmicznym ładzie ustanowionym przez Logos. Parmenides widział zło tylko w poznaniu niższym, zmysłowym, na „drodze głupców”, nie na „drodze mędrców”, widzących byt jeden i ten sam. Epikur pozorność zła widział w ludzkiej wyobraźni i lękach, podczas gdy rozum wskazywał, że cierpienia można uniknąć, przyjemność łatwo można zdobyć, śmierci nie ma, dopóki żyjemy, a kiedy przyjdzie, wtedy nas nie będzie; a więc zło jest pozorem. Sceptycy (Pirron) widzieli pozorność zła w niemożności jasnego, ludzkiego poznania; stoicy zaś w fazach „dziania się” tego samego bytu-kosmosu. Jednak takie tłumaczenia były tylko wyjaśnieniami pozornymi, gdyż odwoływały się do nieprawdziwej i mylnej wizji, która rzadko pokrywała się z rzeczywistością.

Jaka jest więc prawda? Codzienne zło umyka waszej uwadze. Nie zniknęło jednak z waszego życia i wciąż pozostaje swoistym skandalem. Stało się banalne, spowszedniało, „opatrzyło się”, zdaje się tracić swe wyraziste kontury. Diabeł jednak tkwi w realności waszego życia. Jest efektem społeczno-ekonomicznych determinant, które niczym choroby dotykają zło-czyniących i ich ofiary.

Diabeł jest wszędzie. W rozszalałych żywiołach przyrody i w zakamarkach ludzkiej wyobraźni, gdzie króluje pokusa. Czym ona jest? To chwila ostatecznej decyzji, gdy najoczywistsze cele stają się dla was niepewne i nie wiecie już, kim jesteście. Gdy załamuje się wasz świat i wszystko, w co kiedykolwiek wierzyliście, staje się błędnym kołem. Wtedy diabeł wodzi was na pokuszenie. Odziera z waszej tożsamości, nie chroni przed rozpaczą, w której sami dla siebie stajecie się udręką. Jedynym prawdziwym złem staje się duch strachu, który odmawia zmiany i ucieka od odpowiedzialności.

Diabeł chowa się w zakamarkach ludzkiej wyobraźni bo tam istnieją drobne pokusy – skłonność do wygody, pociąg do płytkich przyjemności, powab nęcących okazji, zepsucie spowodowane powierzchownością i brakiem zastanowienia. Jednak wśród wielu pokus tego świata najbardziej destrukcyjną dla chrześcijaństwa jest pokusa władzy doczesnej. Dostrzega to w swym teologicznym traktacie o Jezusie z Nazaretu papież Benedykt XVI. Poczciwy staruszek pisze: „Poprzez wszystkie wieki ciągle na nowo w różnych odmianach powracała pokusa umacniania wiary z pomocą władzy politycznej i wojskowej. I za każdym razem groziło niebezpieczeństwo zduszenia jej w objęciach władzy. Walkę o wolność Kościoła, o to, by królestwo Jezusa nie było utożsamiane z żadną formacją polityczną, trzeba toczyć przez wszystkie stulecia”.

Słowa Josepha Ratzingera nabierają szczególnej wymowy, kiedy przypomnimy sobie, że to papież z kraju, który zrodził hitleryzm i w którym tylko nieliczni chrześcijanie stawili otwarty opór nazizmowi. „W ostatecznym rozrachunku cena, jaką się płaci za stapianie wiary z władzą polityczną, zawsze polega na oddaniu się wiary na służbę władzy i na konieczności przyjęcia jej kryteriów”. Trudno nie przyznać racji papieżowi.

To jednak nie wszystko. Nader często diabeł kieruje chrześcijaństwo na tory postępu. Głosi wtedy tradycyjne wartości demokratycznej lewicy – sprawiedliwość i wolność. Jak widać, kusząc odwołuje się do tego, co dobre. Dziwne? Bynajmniej. Wszak nie ma sprawy tak szlachetnej, by nie dało się z niej wykuć narzędzia zbrodni. Nie można jednak winy za użytek, jaki robią ludzie z wolności, zwalać na diabła. Przecież wąż w mitach Bliskiego Wschodu był nie tylko symbolem nieszczęścia, ale również dawcą życia. Nawet w Biblii występuje w obu rolach. Jest wąż rajski i wąż miedziany, któremu przypisywano moc leczniczą. Takiego węża kazał Bóg sporządzić Mojżeszowi, kodyfikatorowi religii żydowskiej, i umieścić na podwyższeniu, aby bronił wiernych przed poganami odrzucającymi monoteizm.

Niech was to jednak nie zmyli. „Zły” i „dobry” nie są to jakości empiryczne, nie ma czegoś takiego, jak percepcja jakości moralnych. Widzimy to, między innymi, w marksistowskim poglądzie na świat. Oto przykład z literatury. Bohater powieści Sołżenicyna Oddział chorych na raka odwiedza zoo i widzi tam pustą klatkę z przyczepioną do niej kartką; czyta tam, że małpka, która w klatce mieszkała, została oślepiona przez czyjeś bezmyślne okrucieństwo. Jakiś zły człowiek cisnął jej tytoń w oczy. Turysta doznaje prawdziwego szoku, gdy czyta notatkę. Jakże to? Zły człowiek? Nie agent amerykańskiego imperializmu, ale po prostu zły człowiek? Cóż to za określenie? Zdumienie i szok turysty są prawdziwe i zrozumiałe. Przymiotnik „zły” (podobnie i rzeczownik) jako nazwa jakości moralnej był nieobecny w ideologicznym żargonie totalitarnego świata sowieckiego. Bywali, oczywiście, zbrodniarze, potwory, zdrajcy, obcy agenci, ale nie po prostu źli ludzie.

Skrybo, dla tego, kto dialektycznie myśli, jest jasne, że pewne pozornie takie same czyny mogą być słuszne lub niesłuszne zależnie od okoliczności, a ściślej – zależnie od tego, w czyim imieniu są dokonane i komu służą. Trocki miał w tej sprawie wyraźne zdanie. Czy, na przykład, jest coś inherentnie niesłusznego w mordowaniu dzieci? Nie. Było wszak słuszne, Trocki powiada, zabić dzieci rosyjskiego cara, bo było to politycznie potrzebne. Nie jest to doktryna relatywistyczna, zwykle bowiem zastrzegamy to nazwanie dla wierzenia, że ten sam czyn może być zły lub dobry zależnie od okoliczności. Ale myślący dialektycznie właściwie co innego twierdzi. Chodzi o to, że nie jest to taki sam czyn, podobieństwo jest pozorne. W jednym wypadku podejmujemy czyn politycznie słuszny, eliminując potencjalnych wrogów proletariatu, w innym zaś popełniamy zbrodnię przeciwko historycznej misji proletariatu. Tak samo nie wolno nam nazywać „inwazją” wyzwolenia innego kraju od kapitalistycznego ucisku, choćby „powierzchownie” działanie było podobne. Tak samo nie wolno porównywać hitlerowskich obozów koncentracyjnych z systemem wychowawczym państwa socjalistycznego itp. Myślący dialektycznie ma naukową znajomość ruchu dziejów i wie, że gdy wszystko (włączając ludzi) stanie się własnością państwa, drzwi są otwarte dla powszechnego wesela. Wie też, co jest słuszne lub niesłuszne, politycznie poprawne czy niepoprawne i żadne zabobonne określenia jak „zły” i „dobry” nie są mu potrzebne.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.